„Mężczyzna, który gonił swój cień” – może czas dać odejść bohaterom?

Czasami, mimo starań, okazuje się, że goniąc własny cień, wciąż znajdujemy się o krok za nim. David Lagercrantz zdaje się, wie o tym najlepiej.

Widząc kontynuację sagi Millennium “Co nas nie zabije”, wydaną pod nazwiskiem innego autora, nie czułam rozczarowania. Wręcz przeciwnie. Podziwiałam Davida Lagercrantza za to, że miał odwagę kontynuować powieść, którą pokochały miliony czytelników. Czułam też wdzięczność. Wdzięczność, że dzięki niemu Mikeal Bloomkvist i Lisbeth Salander wciąż mogą żyć w mojej wyobraźni. Dlaczego jednak postanowił mi to wszystko tak nagle odebrać?

Kobieta, której odebrano charakter

Powieść przeczytałam tuż po premierze, minęło więc od tego dnia sporo czasu. Niestety, recenzja pisana “na gorąco” miałaby w sobie wiele żalu. Wolałam więc nabrać dystansu, ponieważ fabuła sama w sobie zła nie jest. Poza tym nie miałam wówczas jeszcze bloga. Czas upłynął, a niesmak pozostał. Niesmak, który związany jest ze zmianą, jaką dostrzegłam w zachowaniu głównej bohaterki.

Każdy, kto miał styczność z jedną z pierwszych trzech tomów sagi, wie że Salander jest postacią specyficzną. Specyficzna jest jej uroda, a raczej jej brak. Specyficzne jest jej zachowanie. Specyficzne jest podejście do poczucia sprawiedliwości. Rozumie ją na swój sposób, który choć mija się z prawem, nam czytelnikom wydaje się całkiem uczciwy.

Lisbeth w każdej części Millennium odkrywa nam się na nowo, jednak tempo tych zmian narzuconych w “Mężczyźnie, który gonił swój cień” sprawia, że zaczyna mi ona przypominać bohaterów filmu “Szybcy i wściekli”, gdzie z członkowie niewielkiego gangu przeistaczają się w elitarny oddział jednostki specjalnej. Salander, hakerka i dziewczyna z ponurą przeszłością, za pomocą pióra Lagercrantza, przeistacza się w cholernego, szwedzkiego Batmana. Obrończynię ucieśnionych, ostatnią sprawiedliwą, która mimo wątłego ciała potrafi przeciwstawić się każdemu. Absolutnie każdemu.

 

Autor, który gonił cień Larssona

“Mężczyzna, który gonił swój cień” to idealny tytuł dla tej powieści. Idealny, ponieważ niemal na każdej stronie odnosiłam wrażenie, że autor goni cień samego Larssona. Dwóch braci – jeden z nich osiągnął w życiu wszystko, drugi pragnący stać się częścią jego świata. Dwóch pisarzy- jeden wielbiony przez miliony, drugi zmuszony udowodnić, że na to uwielbienie zasługuje.Przypadek?

“Nie sondze” ;P

To co zwróciło moją uwagę to fakt, że David Lagercrantz wciąż przypomina w powieści szczegóły dotyczące bohaterów, które czasem wydają się być wkomponowane niepotrzebnie. Tak jakby pisarz chciał udowodnić, że odrobił zadanie domowe z wiedzy o poprzednich częściach. Widoczne to jest zwłaszcza w wydarzeniach z udziałem Mikaela, który swoją drogą został potraktowany przez pisarza „po macoszemu”. Pojawia się, bo musi, ale to Lisbeth ma być gwiazdą. A szkoda bo uważam, że Mikael był równie interesujący i nie widziałam przeszkód by w jednej powieści były dwie postacie główne.

 

Tanie chwyty marketingowe

Muszę też wspomnieć o sposobie budowania napięcia w powieści. Momentami sztucznie wykreowanego, rodem z brukowców. Nie będę tu dużo pisać, po prostu posłużę się przykładem.

Nic więcej pomyśleć nie zdążył, bo rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Nie lubił tego. Uważał, że najpierw należy się zapowidzieć telefonicznie. Ale poszedł otworzyć.
Późniejsze zdarzenia określał mianem napaści.

Ten, kto czytał wie jakiego rodzaju była to napaść.

Takich zagrań było o wiele więcej, jednak nie będę wam psuć przyjemności lektury, bo…

 

Mimo że powieść dla mnie okazała się rozczarowaniem to nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że jest to zła książka. Czyta się ją niemal jednym tchem, jednak oprócz lekkości czytania, chciałabym aby autor zachował fundamenty powieści. A te stanowią stanowią właśnie jej bohaterowie, którzy czuję, że powoli zaczynają już odchodzić.